Zacznę od tego, że pierwsze dwa tygodnie nienawidziłam każdego biegu. Serio. Nikt mi nie powiedział, że będę dyszeć już po pięciu minutach, a łydki będą bolały tak, że zejście po schodach to dramat.

Zainstalowałam Couch to 5K i myślałam, że będzie prościej. Plan zakładał naprzemienne bieganie i chodzenie - trzy razy w tygodniu, 30 minut. Brzmi niegroźnie, prawda? Pierwsza sesja: 8 razy po 60 sekund biegu. Ledwo dałam radę.

Co mi pomogło

Przestałam porównywać się do ludzi w parku, którzy biegali jak gazele. Mój tempie to było około 7:30 na kilometr - i to było okej. Kupiłam normalne buty do biegania w Decathlonie za 250 złotych, bo okazało się, że trampki do tenisa to zły pomysł.

Biegałam rano, zanim mózg zdążył wymyślić wymówki. O 6:30 nikogo nie ma w parku i nikt nie patrzy, jak wylądam.

Czego się nauczyłam

Po trzech tygodniach zaczęłam już biegać po 10 minut bez przerwy. Nie ma w tym magii - po prostu ciało się przyzwyczaja. Nadal nie uwielbiam biegania, ale przestało być torturą. Mam teraz konkretny plan treningowy w telefonie i trzymam się go, nawet jak nie mam ochoty.

Najważniejsze? Nie musisz od razu biegać 5 kilometrów. Możesz zacząć od jednej minuty. Naprawdę.