Przez rok spałam po 5-6 godzin i czułam się permanentnie zmęczona. Kawa pomagała do 14:00, potem byłam zombie. Postanowiłam przetestować różne ustawienia snu, żeby znaleźć coś, co działa.

Tydzień pierwszy: kładzenie się o 23:00, budzenie o 7:00. Osiem godzin snu brzmi super, ale budziłam się w środku nocy i leżałam godzinę bez snu. Rano? Średnio. Może przez to, że mój organizm był w szoku.

Co sprawdzałam

Tydzień drugi: spać o 22:00, budzić się o 6:00. To było lepsze. Faktycznie spałam te osiem godzin i rano miałam energię. Problemem była godzina 21:30 - musiałam już być w domu i wykończona z wieczornymi sprawami.

Tydzień trzeci: eksperyment z drzemkami. Spałam 6 godzin w nocy plus 20 minut drzemki po obiedzie. Okazało się, że drzemka po 15:00 to zły pomysł - potem nie mogłam zasnąć wieczorem.

Co zostało

Teraz kładę się między 22:30 a 23:00 i budzę o 6:30. To daje mi siedem godzin - mniej niż zalecane osiem, ale więcej niż wcześniej. Czuję różnicę. Nie piję kawy po 15:00, bo wtedy naprawdę nie mogę zasnąć.

Najważniejsze: telefon został w drugiej części mieszkania. Inaczej scrollowałam do pierwszej w nocy. Kupiłam normalny budzik za 40 złotych i tyle.